Do tego tekstu „zainspirowała” mnie sytuacja, która spotkała moją koleżankę. Historia takich jakich wiele. Przychodzi opiekun z psem do lecznicy – przechodzone ropomacicze. Koleżanka próbuje ratować, stabilizuje. Nad ranem opiekun wymyśla pretekst, zabiera psa. Usypia gdzie indziej.

Koniec historii….

No nie do końca. Potem ten „opiekun” siada w domu przed komputerem i tworzy tekst o wielkiej miłości do swojego zwierzęcia, objawach sprzed minuty. Okrasza to sporą ilością kłamstwa. Nie jest to jednak tekst do szuflady lub pożegnalne epitafium by zagłuszyć wyrzuty sumienia. Bo oto w tej wypowiedzi pojawia się lekarka – główny winowajca ropomacicz i chorób wszelakich, bólu i cierpienia niewykastrowanej starej suczki. Potem taki tekst rozlewa się w udostępnieniach jak rak. Małe zaufanie społeczeństwa do lekarzy, chęć dogryzienia dokłada węgiel do pieca. Tworzy się hejt. Ludzie żądają danych tego „konowała”, sypią się negatywne opinie. Twórca ckliwej historii siada wygodnie na kanapie i jest zadowolony, świat przyznał mu racje, ręce zostały obmyte.

A lekarz? Lekarz zostaje z wygenerowanym przez wściekły tłum poczuciem winy i bezsilności. Oblany kolejnym wiadrem pomyj, które musi z siebie zmyć do dnia następnego by z uśmiechem na twarzy przyjmować waszych milusińskich.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Ta historia wydarza się kilka razy dziennie gdzieś w Polsce. Tu mnie ubodło bo znam lekarkę. Osobę która bezgranicznie poświęciła się dla zwierząt od czasu studiów poprzez całe życie zawodowe i nie mówię tu o pracy 8-15, tylko o weterynarii w sercu i głowie.

Przykładów mógłbym mnożyć i mnożyć. Nie zdajecie sobie sprawy ile lekarzy przez coś takiego wypada z gry. Zawód który wykonujemy to zawód piękny, społecznie potrzebny, ale też wymagający, często będący piekłem profesjonalistów.

Wiecie, że lekarze weterynarii to czołówka jeśli chodzi o grupę zawodową z największym odsetkiem samobójstw? Ciekawe co?

Czasem człowiek po ciężkim zabiegu, który nie poszedł zgodnie z planem wraca do domu. Między obiadem, a kolacją uśpił kota z wypadku. Zastanawia się co zrobił nie tak i co ze światem jest nie tak. Odpala komputer i czyta na swój temat: MORDERCA.

Lubimy wierzyć w te historyjki opiekunów bez jakiejkolwiek weryfikacji prawda? Ważne by były emocje, czarny bohater w kitlu i stetoskopem na szyi. Polane to tłusto cierpieniem zwierzaka. I cyk! 5000 udostępnień. Czy to ważne czy to prawda? Czy to istotne, że lekarz ląduje po nagonce u psychiatry? Nieważne.

Powoli zespół lekarza weterynarii powiększa się nie tylko o psychiatrę, ale i prawnika. My mamy tylko dobre imię, nie możemy się reklamować itp. Nasza praca, nasza usługa jest związana z naszym imieniem. Jeśli jest dobre to egzystujemy, jeśli jest rozdziobane przez żądnych sensacji sępów to znikamy. Czasem bezpowrotnie.

Tak jak śmieli się co niektórzy z lekarzy ludzkich, jakie to darmozjady i dziadostwo, a teraz bijecie brawa na balkonach i wysyłacie pizze do szpitali do waszych bohaterów. Ręka ludu raz łaskawa, raz surowa.

Przeczytaj sobie ten post i pomyśl dwa razy zanim klikniesz „udostępnij” pod jakąkolwiek niezweryfikowaną tyradom inwektyw w stronę osoby, która na co dzień walczy o czworonożne życie.

Owszem, czasem popełniamy błędy, ale jak mi powiedział kiedyś znany lekarz weterynarii*: „Nasza robota… Zawsze próbujemy ratować wszystkich, ale czasem nie da się uniknąć ofiar. Jeśli się z tym nie pogodzisz, następnym razem nikt może się nie uratować.”

Od weryfikacji naszych błędów jest Izba lekarsko weterynaryjna i/lub sąd. Nie internetowe widły i pochodnie. Nawiasem mówiąc dziwnym trafem internetowi napinacze nigdy nie kierują tam tych spraw mimo swej wielkiej słuszności? Ciekawe, nie?

Szanujmy się, bądźmy życzliwi. Pytaj, dociekaj, miej wątpliwości – masz do tego prawo. Nie masz jednak prawa swych grzechów wycierać cudzymi łzami.

 

*to akurat słowa Kapitana Ameryki, ale kontekst zachowany

** niektóre ze słów z obrazka to słowa z internetowych komentarzy na mój temat. Z którymi się zgadzacie?