Wódeczka już się chłodzi, broń wyczyszczona – można śmiało wybierać się na festiwal mordu i to jeszcze w majestacie prawa! Druga połowa stycznia 2019 to czas, w którym każdy z małym sprzęcikiem, będzie mógł odreagować i z większą pukawką pobiegać po lesie i spełniać swoje chore fantazje.

Szykuje nam się masowy odstrzał dzików.

Mało jest chyba takich rzeczy którymi tak mocno gardzę jak myślistwo. Prymitywny sport, dla prymitywnych ludzi. Nikomu niepotrzebny. W myśl złotej dewizy: „Natura poradzi sobie ze wszystkim (wyłączając zwierzęta, które można przy okazji zjeść lub głowy zawiesić nad kominkiem)”.

Teraz Panowie i (o zgrozo co niektóre Panie), będą miały używanie. Wszak do odstrzelania macie powyżej 210 tysięcy zwierząt, a i na dodatkowe 100 tysięcy pewnie nikt zły nie będzie, prawda?
Dotychczas unikałem tego tematu, gdyż nie chciałem tutaj nalotu troglodytów ze swoimi wzniosłymi tezami o tym jak to myśliwy to najlepszy przyjaciel przyrody, że gdyby nie Ci „dobroczyńcy” to dziki by ze mną w pokoju siedziały i telewizje oglądały. Dramat.
Jak tu się jednak odnieść do grupy społecznej która godzinami potrafi siedzieć w budce na drzewie z przymarzniętą dupą do deski tylko po to by palnąć w głowę jakiemuś zwierzakowi, które nawet nie dowie się co je zabiło? Jak odeprzeć argumenty grupy, która twierdzi, że ratuje zwierzęta zimą, dokarmiając je, tylko po to by na wiosnę powiedzieć, że jest ich za dużo i, że teraz to jednak trzeba sobie do nich trochę postrzelać? Jeżeli wam zwierząt z lasu nie szkoda to polecam poczytać chociażby o horrorze psów Galgo espanol – ta sama grupa społeczna w końcu i te same „dziedzictwo kulturowe” (napiszę o tym zapewne szerzej za jakiś czas).

Człowiek jest bardzo ciekawą istotą, potrafi podziwiać i celebrować pojedynczy płatek śniegu, jeden z milionów wschodu słońca używając setek metafor i porównań. Potrafi jednak także wymyślić słowa piękne i delikatne, którymi nazwie największe szambo jakie może zrobić tylko po to by mniej śmierdziało. Można ganianie zaszczutego, wycieńczonego lisa z psami nazwać „piękną tradycją”, strzał między oczy „humanitarnym zabijaniem”, a wybicie zwierząt w akompaniamencie brzęczących kieliszków „depopulacją” lub by brzmiało jeszcze mądrzej i słuszniej – „bioasekuracją”. To nie jest istotne, że naukowcy mówią, że to nic nie da, że zasadniczo, żadne depopulacje nie przyniosły pożądanego efektu w wypadku chorób zakaźnych – „NIEWAŻNE!!! Wincyj sczelania!!!”. Nic to nie da, bo ci co chcą postrzelać ustalają w tym kraju prawo, więc jak ma być dobrze? Mordowanie zwierząt to nie jest nic normalnego i nie ważne czy chodzi tu o podpitego Janusza w bloku tłukącego psa kijem, czy podpitego Janusza w lesie z dwururką. Bo ich dwoje różni jedynie społeczne przyzwolenie i wycieranie gęby słowami „piękny zwyczaj”, „długoletnia tradycja”- całe szczęście tradycja która zdycha. Pytanie tylko ile jeszcze zabierze ze sobą do ziemi. Obrońcą tego polskiego „dziedzictwa kulturowego” polecam zaprosić prezydenta swojego miasta na ślub córki w ramach „prawa pierwszej nocy” – jak chronić tradycję – to pełną gębą, a i może w swoim słowniczku domowym znajdzie się miejsce na „humanitarny gwałt”?!