Długo zbierałem się do napisania tego felietonu. Zazwyczaj dzięki technikom relaksacyjnym udawało się łagodzić ten wewnętrzny problem, jednak obecnie nie pomagają- stąd ten artykuł. Jak i poprzedni kieruję zarówno do opiekunów zwierząt, aby zrozumieli kilka kwestii, a także do innych lekarzy weterynarii by nie czuli się osamotnieni.

Tekst z tytułu w ustach właściciela czy to w tej czy w innej formie zdarza się u nas niezmiernie często. Świadomość opiekunów zwierząt z roku na rok się poprawia, wymagania w stosunku do placówek leczniczych wzrastają, a lekarze stale podnoszą swoje kwalifikacje by sprostać temu co wymusza od nich rynek. Niby sielankowo to wygląda, jednak niestety wchodzi tu we wszystko aspekt finansowy.

„Panie! Za tą tabletkę to ja 10 lat temu 5zł płaciłem, a nie 8!” – czyli Ci co przespali postęp
Dla niektórych osób koszty wizyt/leków/zabiegów są zbyt wygórowane. Wynika to z różnych przyczyn- chciałoby się twierdzić, że raczej z niewiedzy niż ze skąpstwa.
Należy pamiętać, że standard leczenia małych zwierząt zbliżony jest obecnie do standardu zachodniego. Posiadamy dostęp do wielu leków, obecnie diagnostyka, o której kilka lat temu można było sobie pomarzyć jest już na wyciągnięcie ręki. Okulistyka weterynaryjna, ortopedia, dietetyka, radiologia, kardiologia – to terminy, które już nie szokują. Powoli, do lamusa odchodzą gabinety z kilkoma lekami na półkach, bez możliwości diagnostycznych – klient chce więcej. Czemu więc jednak lekarz weterynarii zarabia druzgocąca mniej (10-20 razy mniej) niż jego kolega na wyspach lub w Niemczech?

„Panie! Ile? To tylko pies!” – czyli „zwierzę- mebel, dwa bratanki”
Pierwsza sprawa: przeświadczenie ludzi, że zwierzę jest dla każdego. Można mieć 5 dzieci, ledwo wiązać koniec z końcem, ale miejsce na psa/kotka/żółwia/kanarka zawsze się znajdzie. Zwierzę niestety jeszcze w wielu domach traktowane jest jak krzesło. Kupiłem- postoi- jak się popsuje to weźmiemy nowe, ale pewnie się nie popsuje. Zapominamy o podstawowej rzeczy jaką jest długowieczność tych zwierząt. Piesek kupiony synkowi na komunię będzie z wami możliwe, że i do ślubu owego synka, a żółw kupiony dziecku w galerii przy dobrej opiece będzie bawił jeszcze jego wnuki. W większości tych nieprzemyślanych zakupów/adopcji itp. nie chodzi o niewiedzę, ale o ignorancję. „Zaprosimy zwierzę do domu na lata- jakoś to będzie- Jadźka ma kundla już 10 lat i nie choruje”- klasyk! Mydlana bańka jednak pęka u takich ludzi gdy zwierzę zachoruje, a nie daj Boże zachoruje przewlekle…
Wiele osób uważa, że praca lekarza weterynarii to misja i mają poniekąd rację. Termin ten jest jednak nad interpretowany i często lekarz, który nie chce wyleczyć „za psi grosz” jest potworem, albo sadystą. Zarzucany jest wtedy brak empatii, a mistrzowie gatunku próbują metod „jak nie zrobisz taniej to nie będę leczył”, albo „jak nie zrobisz taniej to zabiję” – serio! Takie rzeczy zdarzają się w gabinetach weterynaryjnych częściej niż myślisz! O ile lwia większość z nas chciałaby zbawić świat, to jednak szara rzeczywistość sprowadza nas na ziemię. Ciężko jest kupić zakupy do domu za „miłość do zwierząt”, nie chcą przyjąć rachunków za wodę i prąd opłaconych „empatią”, a kredyt w banku się nie zmniejsza nie ważne od ilości „człowieczeństwa”, które przleję im na konto. Ostatnio wezwany do nagłego przypadku (wynikającego z rażących uchybień w hodowli) w moją wolną sobotę o godzinie 22:00 po poinformowaniu opiekuna o cenie usłyszałem: „A Pan to w ogóle kocha zwierzęta? (…) Przez takie podejście ludzie nie będą chcieli mieć zwierząt”.

„Panie! Tyle to ja u lekarza płacę!” – z cyklu przychodzi baba do weteryniorza
Drodzy opiekunowie zwierząt: fachowa opieka nad waszym zwierzęciem kosztuje – taka jest brutalna prawda. Trafiacie ze zwierzęciem do lekarza- bo my lekarzami jesteśmy – tylko od innych pacjentów. Jeżeli swędzą Cię ręce to proces myślowy który odbywa się w głowie twojego dermatologa, jest tym samym procesem, który odbywa się w głowie lekarza twojego psa, którego swędzą łapy. Pomyślcie może o kosztach drogi, którą przechodzi lekarz do uzyskania dyplomu: koszt 6 lat edukacji (min. 70- 90 tys złotych), koszt wyjazdu na praktyki, szkolenia, później przychodzi praca i dochodzą koszty konferencji (min 500 zł od sztuki), specjalizacji (min. 10 tys złotych) i ciągłego dokształcania. Jeżeli trafiasz do placówki w której lekarz dysponuje sprzętem USG, RTG, ma laboratorium do badania krwi, moczu i kału to pamiętaj, że jest to drogi sprzęt na który lekarz także musiał wydać sporo pieniędzy, nie rzadko biorąc duże kredyty.

„Panie! Pan tylko zdjęcie robił” – czyli o tym, że zasadniczo RTG można zrobić w domu samemu
Dlaczego tak trudno to zrozumieć? Koszt wizyty to koszt badania tego psa, to wiedza, którą oferuje lekarz, to znajomość leków i ich działania, które poda zwierzęciu w razie potrzeby, a także odpowiedzialność za to co robi. Wykonanie badań dodatkowych to nie tylko pobranie kilku kropel krwi, lub zrobienie zdjęcia, albo przyłożenie na „kilka minut” sondy USG a praca maszyny plus interpretacja wyników (czyli po raz kolejny wiedza) przez lekarza. Najwspanialsi są Ci opiekunowie, co chcą by tylko na ich psa „popaczeć” lub skonsultować telefonicznie lub smsowo.

„Panie! Drogie te leki u Pana! Tyle to ja w stolycy płaciłem!” – odwieczny konflikt miasto-wieś
Trudno uwierzyć, ale chleb i mleko sojowe w Biedronce na „Warszawie Centralnej” kosztuje tyle samo co w Zawierciu. Zabieg na jamie brzusznej wykonany na prowincji nie jest wcale bezpieczniejszy od zabiegu wykonanego w centrum Wrocławia. To nie jest tak, że zwierzę przychodzi na operacje, wkłada się je chore do pudełka i wyjmuje zdrowe. Cena w tym wypadku to wypadkowa sprzętu, pracy chirurga, anestezjologa, personelu pomocniczego, koszty opieki pooperacyjnej i ewentualnej hospitalizacji. Zadziwia mnie fakt, że mechanik samochodowy może podać cenę dowolną, fryzjer przed studniówką zaśpiewa 200 zł, a elektryk za wymianę kabla 100 zł, hydraulik za przekroczenie progu mieszkania 100 zł, lekarz stomatolog wyrwie zęba za 300 zł, ale już usunięcie macicy z jajnikami, czyli zabieg na otwartej jamie brzusznej za 250 zł u kota to zdzierstwo i rozbój w biały dzień. Nie ujmuje oczywiście specjalistom z wyżej wymienionych przykładów- swoją pracę trzeba cenić, szkoda jednak, że niektórzy ludzie nie doceniają pracy innych. Problem też leży pośród innych lekarzy, którzy swojej pracy nie cenią, ale to temat na oddzielną dyskusję.
„Panie! To jest kundel!”, „Panie! Za tyle to ja drugiego szczura kupię!” „Czemu tak drogo? To małe zwierzę!”- czyli o rasizmie gatunkowym
Konia z rzędem dla tego kto mi to wytłumaczy. Jak „koszt” zwierzęcia ma wpływać na koszty leczenia? Od ilu kilogramów zaczyna się przyjaciel, członek rodziny? Ile musi kosztować pies, żeby leczyć go za daną kwotę? Znasz te ekwiwalenty? Niestety, wielu lekarzy się pod tym ugina. Lekarz nie powinien liczyć wizyty od kilograma zwierzęcia, od gatunku zwierzęcia czy jego pochodzenia, a od skomplikowania przypadku.
Słowem podsumowania. Szanujmy swój czas, poświęcenie i pieniądze (swoje i innych), ale i doceniajmy cudzą pracę. Jeśli wymagamy najlepszej opieki i najwyższej klasy usług to bądźmy przygotowani na koszta. W zawodzie lekarza weterynarii, nie czarujmy się- jakość w większości przypadków wiążę się z ceną. Jeżeli chcesz zwierzę, które nie zachowuje, albo którego opieka nie będzie kosztowna to sugeruję zakup pluszowego misia.