Miałem przyjemność zapoznać się z wystąpieniem dr Dariusza Jagielskiego w telewizji śniadaniowej. Doktora bardzo cenię i szanuję, nie tylko w tej kwestii, że jest wybitnym onkologiem weterynaryjnym, ale także za racjonalne i według mnie słuszne podejście do naszego zawodu. Miałem okazje wysłuchać jego opinii na temat eutanazji na jednej z konferencji behawioralnej i bardzo mi się spodobała, będąc w dużej mierze zbieżna z moim podejściem. Tym bardziej więc chciałem usłyszeć jak wybrnie z tematu, który już na starcie stawia mój zawód w złym świetle jako dorobkiewiczów. Doktor poradził sobie świetnie mimo częstego przerywania, zadawania bezsensownych pytań i zrzucania na nasz zawód odpowiedzialności za całe zło świata. .Szacun doktorze! Oceńcie sami. KLIK!

Co jednak mnie niemiłosiernie wytrąciło z równowagi to forma przygotowanego materiału. Od początku do końca próbująca stworzyć u opiekuna zwierzęcia przeświadczenie, że będąc u lekarza jest w mniejszym lub większym stopniu naciągany. Bardzo brzydkie podejście do tematu.

W lewym narożniku lekarz, w prawym opiekun. Gong. Bijta się!

Moi drodzy, to tak nie działa. Wytłumaczę wam w kilku zdaniach dlaczego wam się może wydawać, że usługi weterynaryjne są drogie.
Pracujemy w sektorze prywatnym, zwierzę nie ma NFZ i nie odprowadza składek, które wy odprowadzacie co miesiąc za siebie, wasze dzieci itp.. Weterynaria to jest biznes, tak jak fryzjer to jest biznes, a dobry biznes zarabia. Dobry biznes to nie tylko zarobek, ale i rozwój. To szersza diagnostyka, nowocześniejszy sprzęt, większy wachlarz usług. Nie mniej jednak pieniądze w tym kraju, póki co nie rosną na drzewach więc musimy je zdobywać pracą. Jak powstanie NFMO (Narodowy Fundusz Merdającego Ogonka) to możemy myśleć. Chociaż sam mogę uroczyście przysiąc, że jeśli raz na jakiś czas Państwo da mi dotacje na 2mld złotych to chętnie poleczę za darmo – co mi tam.

Doktor podał dokładny koszt pracy lekarza: 150-200zł – poparte badaniami. To jest KOSZT, a nie to co zarabia lekarz zaznaczmy! Nawet jeśli nie uważało się na podstawach przedsiębiorczości to może chociaż na matmie było warto by zrozumieć, że to różnica pomiędzy przychodem, a kosztami daje dopiero dochód (okrojony przez podatki oczywiście!). Przy postępowaniu komorniczym, egzekucyjnym, argument: „ale ja leczyłem zwierzątka” nie będzie miał wartości dla sądu- uwierzcie. Tej samej wartości nie będzie miały także „powołania”, bo w sklepach, okienkach pocztowych do opłaty rachunków „powołania” są jak „uśmiechy bombelka” – kryptowalutą bez wartości.

Tu przy tym „powołaniu” też już zawsze zapala mi się lampka. Bo dużo osób myli chyba lekarski fartuch z habitem, stetoskop z koloratką, a wydziały medycyny weterynaryjnej z seminariami. Od razu chciałbym tutaj naprostować, że nie jest to tym samym. Lekarz ma być skuteczny i dobry w tym co robi, a czy na weterynarie przyzwał go gorejący krzew, czy okrzyki Valkirii, czy chęć odziedziczenia rodzinnego biznesu to już sprawa drugorzędna. Bo nas powinno oceniać się za skuteczność, dokładność i celność diagnoz, a czytając internetowe komentarze, można dojść do następujących wniosków: tani = z powołaniem, nic nie wziąć = prawdziwy lekarz. Pamiętajcie, że jak „nic nie wziął” to według naszego prawa przestępca skarbowy.

Wyobrażacie sobie takie sytuacje?
„Witam, słyszałem, że jest Pani świetnym dietetykiem, ułoży mi Pani dietę za darmo? Nie? Pani to chyba nie lubi grubych ludzi.”

Mój ulubiony przykład jeszcze.
Jasio potrzebuje zabiegu za 500 tysięcy złotych. Jest wrzucona zbiórka, każdy pomaga. Jasio jest człowiekiem. Chirurg wycenił zabieg akurat na tyle, potem jeszcze drogie leki trzeba wykupić. I nikt nie kombinuje. Każdy wpłaca pieniążki. Jasia operują, udało się. Jest happy end. Jeżeli Jasio nie przeżyje operacji to Bóg tak chciał, zabrał go do swoich aniołków. Znamy ten scenariusz? Znamy!
Teraz Szarik potrzebuje zabiegu za 5 tysięcy złotych. Jest wrzucona zbiórka. I się zaczyna: „co za złodziej to wycenił na tyle?”, „5tys? Gruba przesada! Zdzierca”, „Leki pozabiegowe? Halyna! Daj se spokój, weź z apetki to i tamto”, „ja mam taki lek – przeterminowany 4 lata, ale przecież psu się nic nie stanie- nie daj zarobić tym złodziejom! Z fartem!”. Jeszcze jak przeżyje zabieg to ok, ale jak nie? Wtedy standardowy zestaw komentarzy: „Rzeźnik”, „Morderca”, „Potwór”, albo słownictwo kultury łacińsko-słowiańskiej.

Sprzęt kosztuje to już wiem, a jak ktoś nie wie, niech sprawdzi sobie w goglach. Pracowania RTG, dobre USG, narzędzia chirurgiczne, monitoring pacjenta – tu można wymieniać długo, ogranicza nas już tylko wyobraźnia (i zasób portfela).
Co moim zdaniem jednak jest najkosztowniejsze w tym całym „dlaczego drogo” jest to jedno narzędzie które przechowuje w mózgoczaszce. To są setki godzin nauki i praktyk. Weterynarii nie można porównać do jazdy na rowerze, tylko do wyścigu zbrojeń. Nie uczysz się, nie jeździsz na szkolenia to patrzysz jak inni lecą do gwiazd siedząc tyłkiem na twardej ziemi. Szkolenia kosztują, a im jesteś lepszy, tym więcej bo są coraz bardziej specjalistyczne.

Na te twoje „kurłaaa, zaszczyk na 200zł” składa się: wiedza akademicka, wiedza praktyczna, doświadczenie, postawiona diagnoza, znajomość dalszego postępowania, znajomość powikłań i ich leczenia, interpretacja wyników. Diagnostyka i leczenie to proces – zrozum.
Zdaje sobie też sprawę z pewnej kwestii chociażby zabiegowej, bo zostawiasz zwierzę i je odbierasz. W jednym gabinecie zapłacisz 500, a w innym 2000 pln. Nie widzisz tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami: zespołu szpitalnego, zespołu operacyjnego, tony sprzętu, nowoczesnych znieczuleń i opieki pooperacyjnej, dlatego wydaje Ci się, że usługa jest podobna. Nie jest. Jeżeli wzrost kosztu zabiegu, a co za tym idzie standardu, ma zwiększyć przeżycie psa o 2% to nie docenisz tego gdy pies się wybudzi, ale będzie Ci przykro gdy niewiele zabraknie by ten zabieg przeżył. Smutna prawda.

Na końcu jeszcze może kilka słów o tym zrzucaniu winy na lekarza w ten tandetny sposób: „a co mają zrobić biedni?”, „a co zrobić jak nie ma kasy na leczenie”. Tu przydałaby się parafraza słów Pana Prezesa: „Jeśli ktoś nie jest w stanie utrzymać zwierzęcia w takich warunkach, to znaczy, że się do niego po prostu nie nadaje”. Zrzucanie na lekarza kwestii związanych z tym, że ktoś kupił sobie zwierzę czy je adoptował, bez pomyślenia o tym, że żywe organizmy chorują jest straszne. Dlaczego do tego wszystkiego ma się dokładać lekarz? Bardzo chciałbym mieć apartament w centrum, ale nie chodzę do developerów i nie smęcę, że mi się należy bo chce (chociaż chcę 😛).
Więcej świadomości życzę. Jakość kosztuje – tak jest nie tylko w weterynarii. W wypadku waszych podopiecznych nie chcemy się bawić w półśrodki. Wybór należy do was.